 |
Gary Becker, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 1992 roku
Foto: AP |
| |
Gary Becker, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 1992 roku.
Becker przyjechał do Nowego Jorku, by na specjalnym spotkaniu w Mont Pelerin Society wygłosić odczyt o globalnym krachu. Zgodził się porozmawiać o temacie swojego wykładu.
Zatopiony w miękkiej sofie w głośnej hotelowej kawiarni 78-letni profesor Uniwersytetu Chicagowskiego jest zrelaksowany i zaskakująco skromny jak na człowieka, który osiągnął tak wiele.
Kiedy zasypuję go pytaniami o ekonomiczne i finansowe dylematy naszych czasów, jestem pod wrażeniem tego, jak wiele razy jego odpowiedzi, wypowiadane z brooklińskim akcentem, zawierają zastrzeżenie „wydaje mi się”, a czasami nawet „nie znam odpowiedzi na to pytanie”. To przypomina, dlaczego jest tak powszechnie ceniony.
W przeciwieństwie do wielu innych głośnych przedstawicieli tej ponurej nauki jest solidnym empirystą szukającym odpowiedzi – a nie posady następnego prezesa Rezerwy Federalnej.
Opisuje to, co widzi.
Becker zaobserwował podczas swojej ponad pięćdziesięcioletniej kariery akademickiej, że wolne rynki sprzyjają ludzkiemu postępowi.
A w momencie gdy państwowy interwencjonizm w gospodarce rośnie w siłę, twierdzi on, że ekonomiczni liberałowie nie mogą wycofywać się z debaty tylko dlatego, że ich poglądy wydają się dziś donkiszoterią.
Jako młody naukowiec w 1956 roku napisał ważny artykuł, w którym protestował przeciwko poborowi do wojska. Wyperswadowano mu wtedy publikację tekstu, ponieważ wówczas powszechnie uważano, że pobór będzie trwał zawsze.
Oczywiście, został zniesiony i to, jak mówi Becker, była to dla niego lekcja.
Dziś, gdy Waszyngton wydaje się niepowstrzymany w swoim pędzie do większej władzy, a miłośników wolności oskarża się o wkładanie kija w szprychy, noblista mówi, że nie czas ustępować.
Becker widzi winę wielkiego rządu we wszystkich aspektach obecnego kryzysu.
Kiedy pytam go o źródła szaleństwa na rynku nieruchomości,
pierwszym sprawcą, którego wymienia, jest Fed.
Niskie stopy procentowe wynikały „częściowo, a być może przede wszystkim, z utrzymywania przez Fed polityki taniego pieniądza w latach 2002 – 2004”.
Drugi powód, dla którego stopy były niskie, to „wysoki odsetek oszczędności, przede wszystkim w Azji i innych częściach świata”.
"Ludzie debatują, co było ważniejsze, i nie sądzę, byśmy znali dokładną odpowiedź na to pytanie" - przyznaje Becker.
"Jest jednak jasne, że jeżeli masz niskie stopy procentowe, wszelkie długoterminowe aktywa mają tendencję do drożenia, ponieważ ich wartość oparta jest na zwrotach rozłożonych na wiele lat. Kiedy stopy procentowe są niskie, nie dyskontujesz nadmiernie tych zwrotów i stąd wyższe ceny aktywów" - dodaje.
Do tego, mówi Becker, dochodziła
polityka rządu obliczona na „
rozszerzenie własności domów w Stanach Zjednoczonych na rodziny o niskich dochodach i niskiej zdolności kredytowej”.
Czyniono to dzięki ustawie Community Reinvestment Act z lat 70-tych, a potem poprzez działalność Fannie Mae i Freddie Mac, przez co kredyty dostało wiele osób niezdolnych do tego, by je spłacać.
Trzecim elementem, mówi Becker, była „
mentalność bańki”.
Pod tym określeniem rozumie on „dalsze zadłużanie się w oparciu o przekonanie, że ceny będą rosnąć w tempie, o którym dziś wiemy i o którym powinniśmy wiedzieć wtedy, że jest nie do utrzymania”.
Czy to zachowanie można uznać za racjonalne?
"Wśród ekonomistów toczy się wielka debata, czy możemy zrozumieć fenomen bańki, jeśli przyłożymy do niej racjonalne kryteria. Są modele, w których można to zrobić, ale nie jest to łatwe" - mówi.
Natomiast wydaje się według niego pewne, „że zadłużanie się nie trwałoby tak długo, gdyby nie oczekiwanie, iż ceny będą dalej rosnąć i w związku z tym będzie można refinansować te aktywa”.
Ta mentalność miała po części związek z działaniami Fed, mówi, ponieważ niskie stopy procentowe „generowały wzrost cen i moim zdaniem także pewien nadmierny optymizm”.
Becker uważa, że
proces oczyszczania rynku, tak ważny dla odrodzenia, już trwa.
"Liczba nowych inwestycji budowlanych spada i ceny maleją. Być może o 25 procent. Niższe ceny stymulują popyt, ograniczają liczbę inwestycji, a także podaż" - dodaje.
To dobra wiadomość.
On narzeka jednak na „kontrproduktywną” politykę rządu „obliczoną na obniżenie rat kredytów hipotecznych, po to by ożywić popyt”.
Mówi, że
sprzeciwiał się pomysłom Departamentu Skarbu za czasów Busha, by zamrozić oprocentowanie kredytów hipotecznych (które dopiero co zostało uwolnione) i „
jest przeciwny pomysłom hipotecznym prezydenta Obamy."
"To przeszkadza korekcie, (…) będzie sztucznie podtrzymywało ceny i inwestycje. Myślę, że to w tym momencie zły pomysł" - mówi.
Profesor nie jest jednak żadnym ideologiem leseferyzmu.
Jak twierdzi, musimy pomyśleć, co rząd może zrobić, „by złagodzić cios dla realnej gospodarki” i dodaje, że powinien on zacząć od „naczelnej zasady medycyny: po pierwsze nie szkodzić”.
Zamiast tego rząd podejmuje szkodliwe działania, a najważniejszym z nich jest „
niespójna polityka wobec dużych instytucji”.
"
Pozwalamy upaść niektórym dużym bankom takim jak Lehman Brothers, a ratowaliśmy jeszcze gorsze, w rodzaju Bear Stearns, zaś teraz ratujemy towarzystwo ubezpieczeniowe AIG" - mówi.
Becker twierdzi, że sprzeciwiał się „dorozumianej ochronie”, którą rząd przyznał obligatariuszom Bear Stearns na kwotę „około 30 mld dolarów”.
Zastanawiam się, czy pozwolenie na upadek Lehman Brothers było dobrym pomysłem.
"Nie wiem, czy był to zły pomysł, ale na pewno niekonsekwentny" - mówi.
Wskazuje, że „
dobre aktywa zostały przejęte przez Nomurę i kilka innych banków” i odsyła do artykułu profesora ekonomii Johna Taylora ze Stanford, który pokazywał, że rynek początkowo spokojnie zareagował na upadek Lehmana.
Dopiero kilka dni później, utrzymuje Taylor,
rynek spanikował, kiedy zobaczył, że Skarb nie wie, co robić.
Becker uważa, że praca Taylora „nie jest w stu procentach przekonywająca, ale sugeruje, że bankructwo Lehmana nie był przyczyną ostatecznego upadku” rynków kredytowych.
Powraca do zgubnej w skutkach niekonsekwencji Skarbu.
"Uważam, że w tych niebezpiecznych warunkach, które mamy teraz, gdy rynkowa wycena ryzyka jest bardzo wysoka, dokładanie dodatkowego ryzyka jest dużym problemem, a myślę, że to właśnie robimy, gdy nie mamy spójnej polityki. Przyczyniamy się do zwiększania go" - mówi.
Jeżeli chodzi o odrodzenie, to Becker powtarza swój apel o obniżenie podatków i chwali pomysł Fed polegający na „podnoszeniu rezerw” (co oznacza kreację pieniądza, choć mówił to przed podjęciem przez Fed działań kilka dni temu).
"Wierzę, że trzeba spróbować bardziej bezpośredniego rozwiązania problemu toksycznych aktywów w bankach" - mówi.
A co ze zrezygnowaniem z aktualnej wyceny bankowych aktywów (czyli z waluowania ich według obecnej ceny rynkowej), która zdaniem niektórych niszczy kapitał bankowy?
Becker mówi, że
woli bieżącą wycenę rynkową od „wyceny według kosztów, ponieważ koszty są często całkowicie oderwane od rzeczywistości”.
Potem jednak dodaje zastrzeżenie:
„
Kiedy rynek jest bardzo płytki, trzeba być niezwykle ostrożnym z aktualną wyceną rynkową. (…)To duży problem, jeżeli stosujesz literalnie bieżącą wycenę rynkową w odniesieniu do bieżących transakcji, a tych transakcji jest bardzo niewiele. Jestem zwolennikiem bieżącej wyceny rynkowej, ale myślę, że trzeba ją stosować w rozsądny sposób”.
O ile tę kwestię można rozwiązać w krótkiej perspektywie, pozostanie problem instytucji, które rozrosły się tak bardzo, że ich upadek zagraża całemu systemowi.
By poradzić sobie z problemem „
zbyt dużych, by upaść” w dłuższej perspektywie, Becker sugeruje
podniesienie wymogów kapitałowych dla instytucji finansowych wraz z ich rozwojem, „tak by nie mogły się zanadto zadłużać”. To, mówi, „zniechęci banki przed nadmierną ekspansją” i „to dobrze. O to właśnie chodzi”.
Becker jest rozczarowany pakietem stymulacyjnym.
"Większość z tego nie będzie miała żadnych konsekwencji krótkoterminowych. Nie widzę więc w tym sposobu na pobudzenie gospodarki, lecz na zwiększenie długu i doprowadzenie do nieefektywnych wydatków i wielu problemów" - mówi.
Jest również bardziej fundamentalne pytanie, czy jeden dolar rządowych wydatków może wygenerować półtora dolara dla gospodarki jak twierdzi administracja.
Becker jest więcej niż sceptyczny.
"
Keynesizm był passe tak długo, że przestaliśmy badać zmienne, na które patrzą keynesiści, takie jak mnożnik, i niemal nikt nie wie, co ten mnożnik miałby znaczyć" - mówi.
Jego zdaniem artykuł Christiny Romer, przewodniczącej Rady Doradców Ekonomicznych, „twierdzący, że ten mnożnik wynosi około półtora, jest oparty na bardzo słabych, wręcz nieistniejących dowodach”.
Jego przypuszczenie?
"Myślę, że to dużo mniej niż jeden. Ten współczynnik rośnie podczas recesji i depresji, więc jest powyżej zera, ale znacząco poniżej jednego. Nie mam danych, nie mam szacunków, ale myślę, że to poniżej jednego, zostawmy to w ten sposób" - mówi.
Gdy wywiad zmierza ku końcowi, myślę o tym,
jak ludzie mogli podejmować naprawdę szalone decyzje przy pełnej aprobacie rządu.
Czy to tłumaczy wyraźny upadek osobistej odpowiedzialności w naszej kulturze?
"Kiedy masz większy rząd, taki, który zajmuje się bezpieczeństwem socjalnym, zdrowiem i który przymierza się do kolejnych pól aktywności, kolejnych zobowiązań,
racjonalnym rozwiązaniem jest wzięcie na siebie mniejszej odpowiedzialności. Nie musisz się martwić o te rzeczy i planować aż tak dużo we własnym zakresie" - mówi Becker.
To sugeruje, że
istnieje ryzyko, iż w amerykańskim systemie coraz więcej ludzi będzie polegać na świadczeniach.
"Cóż,
stają się grupą interesu" - mówi Becker.
To jeden z powodów, dla których tak
trudno przeprowadzić jakąkolwiek poważną reformę polegającą na ograniczeniu wydatków rządowych w Skandynawii i sytuacja ta zaczyna się powtarzać w USA.
Wydatki rządowe – na poziomie federalnym, stanowym i lokalnym –
stanowią jedną trzecią PKB i odsetek ten teraz wzrośnie.
"Im jest on wyższy, tym więcej ludzi pośrednio lub bezpośrednio zależy od rządu. Niepokoi mnie to.
Podstawowa teoria grup interesów mówi, że będą oni mieli coraz więcej wpływów i że będą się starali te wpływy utrzymać, więc trudno będzie tę sytuację odwrócić" - stwierdza.
"Wciąż jednak istnieje wiele dobrych powodów, by walczyć z obecnym trendem" - mówi Becker.
"
Kiedy gospodarkę rynkową porówna się z alternatywnymi modelami, nie ma nic lepszego, jeżeli chodzi o podnoszenie wydajności, redukowanie nędzy, poprawę stanu zdrowia i integrację ludzi na całym świecie" - podsumowuje.
MARY ANASTASIA O’GRADY
The Wall Street Journal
09.04.2009
http://www.dziennik.pl/gospodarka/article358287/Nobli-sta_rozprawia_sie_z_pakietem_Obamy.html