 |
Satelitarne zdjęcie pokazujące trasy przelotów obserwowanych przez badaczy szlamników
Foto: Wikipedia |
| |
Rekord został pobity jesienią 2007 roku.
Dokonała tego niewielka samica szlamnika (Limosa lapponica baueri) oznaczona kryptonimem E7.
Szlamniki to ptaki wielkości gołębia z rzędu siewkowych. Mają one stosunkowo długie nogi i dzioby (to typowe przystosowanie do żerowania w płytkiej wodzie i wygrzebywania jedzenia z mułu).
Naukowcy od dawna wiedzieli, że ptaki te są świetnymi podróżnikami - długodystansowcami. Szlamniki z podgatunku baueri lato spędzają na Alasce, a jesienią udają się aż na Nową Zelandię. Z kolei wiosną lecą z powrotem na północ, zatrzymując się po drodze w Chinach.
Najkrótszy dystans pomiędzy Nową Zelandią a Alaską to ponad 10 tysięcy km.
Przez długie lata nie wiadomo było jednak, którędy dokładnie wiedzie szlak podróży szlamnika, czy i ile razy ptak odpoczywa po drodze, które wyspy Pacyfiku do tego wykorzystuje itd.
Odpowiedzi na te pytania pozwoliła udzielić dopiero nowoczesna technika.
Kilkunastu ptakom wszczepiono (pod narkozą) specjalne nadajniki wielkości baterii paluszka. Umieszczano je pod otrzewną, a na zewnątrz ciała wyprowadzono sterczącą z tyłu antenkę. Sygnały emitowane przez nadajniki odbierało kilka satelitów.
Dzięki temu siedzący wygodnie przed ekranami komputerów ornitolodzy mogli śledzić godzina po godzinie, dzień po dniu trasę przemierzaną przez dzielne ptaszki.
Osiem dni i nocy bez wytchnienia
24 marca 2007 r. samica E7 opuściła gościnne tereny Nowej Zelandii, gdzie spędziła zimowe miesiące (wtedy było tam lato i dobrego jedzenia w bród), i udała się na północny zachód. Choć po drodze mogła odpocząć na jednej z wielu wysp Pacyfiku, leciała ciągiem aż do Morza Żółtego. Dotarła tam po siedmiu dobach i dziewięciu godzinach podróży, przemierzywszy - bagatela – 10.300 km.
To był światowy rekord.
 |
|
Ptasia rekordzistka
Foto: Alaska Science Center
|
| |
Ornitologom jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że żaden ptak na świecie nie jest w stanie przelecieć bez przerwy więcej niż 6 tys. km. Teraz trzeba było zrewidować te wyliczenia.
Ale to nie koniec historii.
Po kilkutygodniowym odpoczynku 2 maja ptaszek pofrunął na Alaskę - miejsce letnich godów. Tym razem marne 6,5 tys. km pokonał w sześć dni.
Na pełnej jedzenia Alasce (tamtejsza delta Yukon-Kuskokwim to wymarzone wprost miejsce dla szlamników - w lecie pełne bezkręgowców, którymi można się najadać do woli, a jednocześnie wolne od drapieżników) E7 spędziła blisko cztery miesiące.
O tym, czy została w tym czasie mamą, naukowcy nie wiedzą, bo nadajnik nie przekazywał tego typu informacji.
Prawdopodobnie wydała jednak na świat czworo młodych, wysiadując wcześniej na zmianę z mężem (on w dzień, ona w nocy) jaja przez trzy tygodnie.
Po odchowaniu dzieci nadeszła pora napychania sobie brzucha przed podróżą, a 30 sierpnia na ostateczne opuszczenie delty Yukon-Kuskokwim i udania z powrotem na Nową Zelandię. Tym razem podróż trwała równo osiem dni i nocy plus pięć godzin. A przemierzony dystans - kolejny, fantastyczny rekord lotu bez odpoczynku - równe 11 680 km!
Żołądek się kurczy, serce rośnie
Jak to możliwe, że ptaszek nie zatrzymał się przez tak długi okres ani na chwilę?
Nie przysiadł na choćby krótki odpoczynek na Hawajach? Nie napił ani razu wody? Nie dał odetchnąć napinającym się bezustannie mięśniom i bijącemu jak szalone sercu?
Ornitolodzy musieli zaufać elektronicznym wskaźnikom i nie pozostało im nic innego, jak w rekord uwierzyć. Natomiast dyskusje tłumaczące ten fenomen trwają do dziś.
Po pierwsze, trudno było zrozumieć, jak ptaszkowi starczyło na tak długi wysiłek paliwa (w przypadku szlamnika jest to tłuszcz).
- Wcześniejsze wyliczenia fizjologów wskazywały, że po sześciu-siedmiu dniach paliwo musi się skończyć - mówi prof. Włodzimierz Meissner z Katedry Ekologii i Zoologii Kręgowców Uniwersytetu Gdańskiego.
 |
|
Grafika przedstawiająca trasę podróży, jaką odbyła rekordzistka
|
| |
Ptaszek przed podróżą robi, co może, by najeść się na zapas. W efekcie przed startem wygląda jak obciągnięta skórą kula tłuszczu. Trudno mu nawet utrzymać równowagę. Ale i tak tego tłuszczu jest w końcu ograniczona ilość.
Czym więc żywiła się jeszcze E7 przez tak długi lot?
- Mięśniami - tłumaczy prof. Meissner. - Mięśnie na piersiach ptaka to też niezłe źródło kalorii, a gdy ptak powoli spala własne białka, pozbywa się też sporego ciężaru do dźwigania w czasie, kiedy sam waży mniej.
W efekcie po dotarciu do celu wyczerpany podróżnik musiał przypominać Twiggy (słynna modelka przy wzroście 165 cm ważyła 40,5 kg, E7 zaś po osiągnięciu Nowej Zelandii ważyła połowę tego, co na Alasce).
Ale spalanie własnego tłuszczu i mięśni to wciąż za mało.
Okazuje się, że szlamniki, szykując się do podróży, zmieniają zarówno swoją fizjologię, jak i anatomię. I tak np. wyraźnemu zmniejszeniu ulega żołądek i jelito, natomiast powiększeniu serce i liczba czerwonych ciałek krwi.
Ponieważ przez kilka dni ptak niczego nie je i układ pokarmowy nie ma nic do roboty (natomiast swoje waży), można go na jakiś czas zredukować.
Z kolei serce pracuje przez cały lot jak szalone, dlatego jego waga zwiększa się aż o jedną czwartą - z trzech do czterech gramów.
Prawie jak Boeing
To nadal nie koniec problemów.
Trzepoczący cały czas skrzydłami ptaszek się grzeje i musi jakoś się tego ciepła pozbyć. Kłopot w tym, że ptaki nie mają gruczołów potowych i nie pocą się. Ale i na to jest rada. Trzeba tylko udać się wyżej, gdzie temperatura powietrza jest wyraźnie niższa.
Okazuje się, że szlamniki najprawdopodobniej z tego powodu są w stanie lecieć na wysokościach aż do 7 tys. m n.p.m.
Ornitolodzy odkryli też inny mechanizm pozbywania się przez nie ciepła - wykazali, że ucieka ono przez skórę na nogach.
Kolejny problem - brak wody.
Naukowcom wydawało się, że bez jej uzupełniania nie da się tak długo lecieć - a jednak.
Z drugiej strony szlamnikom nie bardzo opłaca się schodzić aż do lustra wody, bo tam jest znacznie cieplej niż w górze.
Nie łowią ryb, więc schodząc w dół, się nie najedzą, co najwyżej napiją. Wylądowanie na powierzchni wody to też dla nich kiepski interes, gdyż stosunkowo słabo pływają.
- W wodzie wyglądają raczej jak nasiąknięte gąbki - śmieje się Robert Gill, biolog z US Geological Survey.
Ostatecznie ptaki radzą sobie, zużywając w czasie lotu wyłącznie tzw. wodę metaboliczną pochodzącą z rozkładu tłuszczów i białek.
I ostatnie dwa przystosowania.
Szlamniki to zwierzęta stadne, a - jak wiadomo - wędrówka w stadzie zawsze wymaga mniej energii. Ptaki lecą zatem w kluczu i zmieniają się (jak ludzie idący gęsiego i torujący śnieg) na prowadzeniu, co pozwala zaoszczędzić aż 17 proc. energii.
Wreszcie wykorzystywanie pomyślnych wiatrów.
Badacze szacują, że w poszukiwaniu takich prądów powietrza szlamniki są w stanie schodzić w górę i w dół aż o 3 km (muszą pamiętać przy tym, że im niżej, tym cieplej, ale jeśli wiatr porządnie popchnie je do przodu, to i tak się to opłaca).
Ptaki nauczyły się np. wykorzystywać sztormy na północnym Pacyfiku i opuszczają Alaskę, trzymając się końca strefy niskiego ciśnienia. W efekcie silny wiatr kręcący się niezgodnie z ruchem zegara pcha je na południe z szybkością grubo ponad 100 km/godz.
- Ten ptak to prawdziwa maszyna do latania - twierdzi prof. Meissner. Wystarczy porównać zasięgi:
*Boeing 747-700 – 13.450 km
*Airbus A 340 – 15.900 km
*Szlamnik – 11.680 km
*Airbus A 320 – 5.700 km
*Boeing 737-400 – 4.005 km
- Niezwykłe osiągnięcia szlamników każą nam zrewidować pogląd, że góry, pustynie czy oceany to naturalna bariera dla migrujących zwierząt - piszą w niedawno wydanej pracy w "Proceedings of the Royal Society B" naukowcy.
- W przypadku tych ptaków Pacyfik jest raczej naturalnym, ekologicznym korytarzem ich podróży niż przeszkodą - dodają.
Taki korytarz ma swoje plusy - mniej drapieżników i mniej pasożytów czy chorobotwórczych drobnoustrojów.
Szlamniki mogą więc mniej inwestować w układ immunologiczny i cały wysiłek skierować w jedną stronę - długi wspaniały lot nad oceanem.
Sławomir Zagórski
23.01.2009
Źródło:
Gazeta Wyborcza
http://wyborcza.pl/1,75476,6192498,Urodzony__by_latac.html